Strona:Blokhauz pod Syreną (cz. 2). Na dalekim cmentarzu.djvu/31

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

właściciel jej powiesił się wskutek rozstroju nerwowego, wywołanego bezsennością, gdyż latem w ciągu miesiąca napróżno wyczekiwał zachodu słońca. Najbliższa niewiasta znajdowała się chyba że z drugiej strony oceanu na Grenlandii pośród Eskimosek, nacierających się przez kokieterię tranem. Więc żołnierze zabijali czas przechadzką po okolicy.
Ów cmentarz, zwyczajny jak każde inne zgromadzenie umarłych, zakopanych w ziemi, był w tamtym kraju rzeczą do zobaczenia najciekawszą. Żywi przechodzili obok szeregu prostych krzyżów, odczytując nazwiska kamratów, poległych od kuli lub zżartych przez choroby. Myśleli o umarłych towarzyszach z niejakim smętkiem, lecz smutek to był obojętny, jak serce żołnierza, którego obca śmierć nie roztkliwi, bo i swoja nie rozczula. Liczyli oczami krzyże, wcale nie mają do Pana Boga pretensji o to, że ci niegdyś zdrowi i dzielni mężczyźni mknęli pociągiem, przepływali oceany, maszerowali całymi dniami objuczeni rynsztunkiem po bagnie, aby lec w tej ponurej ziemi i sieroco w niej leżeć zdala od ojczyzny aż do końca świata. Obok owego najokazalszego krzyża przechodzono obojętniej, bo nikt nie mógł wyrozumieć niełacińskich liter w napisie.