Strona:Biblioteczka Uniwersytetów Ludowych 28.djvu/21

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


mówić, panie starosto. Pan Jezus dał się umęczyć za łotrów, jak i za nas. A że czasu mało, to pokój dobry. Kiedy Bóg każe mi tam iść ze sobą, poradzi, bym w porę trafił; a ja dlatego jutro będę miał mszę świętą w naszym obozie«. — Ale czy tylko powrócisz! — »Na którą godzinę pan starosta każesz wrócić — wrócę. A kiedym to ja panu był nieposłuszny?« — Kiedy tak, każę ci księże, przed ósmą z rana powrót twój mnie zameldować. Ruszaj więc z Bogiem, dokąd On ciebie poprowadzi: ale pamiętaj, że mnie w największej niespokojności zostawiasz. Weźże przynajmniej jakiego mojego konia, bo z twoim podjezdkiem nie daleko zajedziesz. — »Ja piechotą trafię, byle pan mnie kazał przeprowadzić za przednie czaty, aby mnie nikt nie zatrzymał; bo tu tylko pan masz prawo rozkazy dawać«. — »Panie Januszu!«, obrócił się pan Puławski do pana Goreckiego, przytomnego tej rozmowie, »każ księdza Marka przeprowadzić poza obóz«. — Ale pan Janusz, co na nikogo nic nie zdawał, sam go poprowadził, by przytem jeszcze się przekonać, czy straż swojej powinności dopełnia. A ksiądz Marek, ostatniego szyldwacha przeszedłszy, pożegnał godnego przewodnika, i że było ciemno, jak w worku, natychmiast zniknął z przed oczów.
Jak się on tam dostał, to tylko jemu i Panu Bogu wiadomo, dość, że, chociaż w obozie nieprzyjacielskim były straże, przychodzący nawiedzać umierającego pułkownika, z wielkiem podziwieniem zostali księdza przy chorym, który go słuchał z wielką pobożnością i skruchą; a pomimowolnem uszanowaniem przejęci, stali przy wnijściu namiotu, aby