Strona:Biblioteczka Uniwersytetów Ludowych 27.djvu/42

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    chłopaka, który był tylko co piasek sprzedał także, i ciekawie patrzał na niego. Chłopak miejski miał straszną minę urwipołcia, podobny był do obitego i zakopconego wróbla miejskiego.
    — A coś ty zarobił? hę? dwie dziesiątki? — spytał go chłopiec — głupi babsztyl, że ci tak drogo zapłacił, za to, że masz minę biedną... Chcesz ze mną zagrać?
    — Jakto zagrać?
    — Ja mam także dwie dziesiątki, sprobujemy szczęścia, rzucim je do góry... Jeśli dziesiątka padnie na litery, to twoja; jak na orła, to moja. Będziesz miał cztery dziesiątki zamiast jednej.
    — A jak przegram! — rzekł chłopak.
    — To nie będziesz miał żadnej — odparł śmiejąc się drugi.
    — A na cóż ja mam grać i także twoje odbierać?
    Wtem gdy rozmawiali, chude psisko trąciło w nogę naszego biedaka. Ten się odwrócił, a pies mu mruknął: »nie graj, a idź dalej; coś zarobił, to twoje, a cobyś wygrał, byłoby wydarte drugiemu«.
    — Nie chcę grać — rzekł, ostrożnie tuląc dziesiątki, posłuchawszy psa, chłopiec.
    — A gdzież ty idziesz? — zapytał pierwszy.
    — Idę szukać schronienia...
    — Cóż to ty nie masz nikogo?
    — Nikogo.
    — Toś ty nie tutejszy?
    — A nie.
    — A kroćset dyabłów — zakrzyczał chłopak —