Strona:Biblioteczka Uniwersytetów Ludowych 25.djvu/60

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


stęknę, ani drgnę, ani pisnę, ani się ruszę! Sza! choć okrutnych bólów doznaję.
Niewielka sztuka... (tu zmazano)...
Zimno w izbie, palce kostnieją, pisać niepodobna, a obok dzieci huczą! daj im Boże na zdrowie. Jakie to wesołe!... Coś mi jest bardzo, bardzo niedobrze: żebym mógł choć zasnąć!
25 grudnia. Na mszy świętej, na pasterce być nie mogłem, przykro mi to bardzo, ale nogi mam obrzękłe, obuwia ani wciągnąć, w głowie się jakoś kręci, w ustach zasycha, no, i oczy się kleją, może choć zasnę.
Miałożby to już być oswobodzenie?
Niech Bóg czyni ze mną, co Jego wola i łaska; żyło się też dosyć! Stań się wola Twoja i niech za wszystko Imię Twe będzie błogosławionem.



Na ostatniej stronicy zeszytu, po ogromnym żydzie, który wygląda, jakby na nim z rąk pióro wypadło, obcą ręką dopisane:
»Dn. 25 Decembris 18.. Wezwany przez majstrową Łukaszową Niedźwiedzką do chorego człeka, mieszkającego u niej w komornem, wyspowiadałem go jeszcze przytomnego i dałem mu wijatyk i oleje święte.
»Umarł wielce przykładnie, jak się z tych raptularzy okazuje, stary żołnierz i szlachcic dobrej familii, człek niegdyś zamożny. Ponieważ fanty, pozostałe po nim, na zapłacenie pogrzebu