Strona:Biblioteczka Uniwersytetów Ludowych 25.djvu/49

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


lazłem w liście na sto talarów pruskich! Jezu miłosierny, czysta manna i rosa niebieska. Właśnie pod zimę mogę sprawić parę butów nowych, bo buty są dla mnie pierwszorzędną potrzebą. Izydorowej będę mógł z góry zapłacić komorne, no, i czasem sobie trochę ciepłej strawy pozwolić. Poszedłem na mszę świętą na podziękowanie Bogu, który serce tego człowieka poruszył. I nie jest to jeszcze tak z gruntu niepoczciwy człek, kiedy przecie coś mi przysłał.... Miły Boże! a czułże-bym ja taką radość z tych, z pozwoleniem, głupich pieniędzy, gdybym nie zaznał trochę biedy, niedostatku i kłopotu. Wszystko bo ma swą dobrą stronę, tylko trzeba ją umieć znaleźć, a nie zakwaszać się i nie truć lada czem. Sit nomen Domini benedictum[1]. Sto talarów, a toż skarb!

26 listopada. Gdym historyę tę moją opowiedział Izydorowej, poczciwe kobiecisko tak się tem ucieszyła, że się niemal spłakała. Zarazem jej za komorne zapłacił z góry, choć brać nie chciała. Spokojną mam całą zimę, a że powietrze w alkierzu nie jest najwyśmienitsze?... pieścić się nie trzeba. Jedna rzecz mi dokucza najbardziej, to zbyt blizkie sąsiedztwo beczki z kwaszoną kapustą, która mi jakoś śmierdzi. Surową kapustę nawet jeść lubię, ale tak przez cały dzień nią oddychać, staje się niemiłem trochę. Mam nadzieję wszakże, iż się do tego przyzwyczaję i naturę zwyciężę, bo to są kaprysy człowieka rozpieszczonego. Dzięki Bogu za

  1. Niech Imię Boże będzie błogosławione (łac.).