Strona:Biblioteczka Uniwersytetów Ludowych 25.djvu/47

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


I położył trzy talary na rogu stolika. Dopiero, gdym się okrutnie gniewać począł, wziął je i, nadąsawszy się, poszedł.
Patrzajcie go!... A to mi się podoba!
No, ale z niego być może człowiek, a ktoby to był powiedział, gdy od takiego łobuza poczynał. Miły Boże! jakto nigdy ludzi pośpiesznie sądzić się nie godzi!
25 listopada. Ja bo taki zawsze, to powtarzam, nie tak źli są ludzie, jak ich czernią melancholicy i mizantropowie.
Wczorajszego dnia, że dzień był wcale niczego, suchy, a nawet ciepławy, jak rzadko o tej porze roku, wyszedłem się raz przejść trochę, choć mi butów żal, ale z ostrożnością i należnymi dla nich względami, omijając miejsca wilgotne i zbyt szorstkie.
Trochę w moim alkierzu bywa duszno i mokrawo... czasem stare piersi ledwie tem powietrzem oddychać mogą. Potrzebowałem świeżej aury i ruchu. Było to pod wieczór, bo dniem pokazywać się nie lubię w resztkach odzieży, jaka mi pozostała, aby się starym znajomym z lepszych czasów, choć ich niewielu jest, nie nastręczać z moją biedą. Wróciwszy, zastałem moję gospodynią nad miską ciepłej strawy, jak zwykle, po trudach dnia, wypoczywającą. Babusia, tak do gadania nawykła, że nawet, gdy już sama jest i mogłaby gębie odpocząć, sama do siebie coś mruczy. Zobaczywszy mnie, otarła usta i powiada śpiesznie:
— A tu do pana, panie poruczniku, dwa razy po-