Strona:Biblioteczka Uniwersytetów Ludowych 24.djvu/34

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    na seryo biorąc synostwo moje, groziła mi i mówiła:
    — Tylko proszę do siostrzeniczki się tak nie zbliżać, bo to się nie godzi, nie godzi.
    Czasem, gdym przed wyjazdem do brata parę dni nie był w Zabłociu, wnet posłaniec za mną gonił, kazano przyjeżdżać.
    — A, jam stara, ja się już tobą niewiele nacieszę, nie uciekajże ty ode mnie — mówiła prawie ze łzami. — Czy ci to tu źle? Czy ty nie wiesz, jak my cię kochamy?
    Pani Sawicka opowiadała mi, że sny miewała staruszka, odgadywała dnie i godziny, gdym miał przyjechać, poznawała po turkocie bryczkę, która mnie przywiozła.
    Tysiączne dowody tego przywiązania napełniały mnie wdzięcznością, lecz zarazem niepokoiły i męczyły. Czułem, że rodzinie odbieram, co najdroższego miała, serce matki, była to kradzież i oszukaństwo wedle mojego pojęcia. Mówiłem to nieraz pani Sawickiej, starającej się mnie uspokoić i uprosić, abym biednej staruszce jedynej nie odbierał pociechy. Gdym o wyjeździe do brata zaczął mówić, starościna, która wszystko usiłowała tłómaczyć po swojemu, ażeby się nie wyrzec raz stworzonej sobie baśni, powiedziała przed Sawicką:
    — Już ja wiem, Włodzio musi mieć bohdankę i do niej mu tak pilno. Gdzie brat! jaki! to tylko fikcya, ale kiedy się koniecznie napiera, niech już jedzie, byle tam zbyt długo nie bawił, bo mi tęskno będzie.
    Gdym przyszedł na pożegnanie, rozpłakała się,