Strona:Biblioteczka Uniwersytetów Ludowych 24.djvu/27

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


siostry miałem ucierpieć, płacić mi chciała. Lorcia też przyjęła mnie, jakby prawdziwego wujaszka.
Na kanapie siedząca majestatycznie pani Baranowiczowa, gdym się jej przedstawił, zaledwie głową mi kiwnąć raczyła. Z twarzy i jej wyrazu wyczytałem wypowiedzenie wojny. Przestroga staruszki już mi się jej kazała spodziewać. Co było robić? Mężne stawić czoło i — cierpieć. Tegoż wieczora poczęły się podjazdowe wycieczki, przekąsy, umyślne uchybienia i posponowanie, ale starościna, jakby naprzekór, była nadzwyczaj czułą.
Usuwałem się z przed oblicza zagniewanej pani, i na ten raz posłużyło mi to wcale nieźle, bo, uciekając od niej, miałem zręczność zbliżania się do Lorci. Byliśmy z nią codzień lepiej i bliżej, a siostra, która się widać domyślała czegoś, serdecznie nam pomagała.
— Niech się pan nie boi cioci Baranowiczowej i jej złych humorów — szepnęła mi Lorcia — ma migrenę, ale jej to przechodzi. Jeden na to sposób: nie trzeba zważać.
Trochę to było trudnem, bo nie tylko oczów, uszu też trzeba było nie mieć, aby nieustannych ukłóć nie brać do siebie. Im mniej występowanie to przeciw mnie miało skutku, tem pani Baranowiczowa dozę lekarstwa podwajała.
Jakem się później dowiedział, dała słowo mężowi, że mnie stąd wykurzy. Brała się do tego, trzeba przyznać, z niewieścią gorączką i zapałem, a niezbyt zręcznie. Jednakże podrażniła mnie tego wieczora okrutnie.
Nazajutrz zjechało się mnóstwo gości. Między