Strona:Bajka o człowieku szczęśliwym.djvu/183

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


kolumnach, sterczących z zawalonej gruzami kotliny Forum Romanum, srebrzy się na poszczerbionych murach Tabularjum, na dalekich kościołów kopułach i wchodzi do mnie przez okno i pada wazką strugą światła na rozwieszone na ścianie fotografje... Wznosząc się na niebie, przesuwa się po nich zwolna i pokazuje mi je po kolei, głowy stare i młode i dziecięce, głowy rodziny mojej i przyjaciół i kobiet różnych, — takich, dla których ja dobry byłem, choć one ból mi tylko obficie dawały, i takich, które były dobre dla mnie, gdy ja nie zasługiwałem na to... I każda głowa, księżycem pokazana, opowiada mi jakąś historję, przywodzi jakieś wspomnienie, tkliwe i serdeczne albo bolesne, wesołe lub smutne, pamięć jakiegoś przeżytego dnia wskrzesza, pamięć szczęścia, upojenia, wyrzutu, grzechu lub żalu — i tak powoli samotna izba moja w tem wiecznem mieście napełnia się upiorami przebrzmiałych godzin młodości...
Teraz pas miesięcznego światła padł na dużą, przybladłą, z dnia na dzień coraz bardziej na ciemnem tle niknącą fotografję: widzę śmiało zarysowany, dziwny, subtelny profil, — w dal wytężone, jak gdyby zjawy jakiejś czekające oczy, —