Strona:Bajka o człowieku szczęśliwym.djvu/143

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


porasta, trawa się puszcza ze szczelin w marmurowych posadzkach bazylik zwalonych, trawa na miejscu, gdzie niegdyś gorzał Westy ogień wieczysty; młody krzew laurowy pnie się po rozsypanych w gruz piedestałach, co ongi niewiadomo czyją marmurową lub bronzową sławę dźwigały.
Lubię tu siedzieć w otwartem oknie i błądzić okiem swobodnie wśród tych pamiątek dawnej wielkości i mocy. Oto tuż przede mną resztka rzeźbionego architrawu na ośmiu granitowych kolumnach, pozostałych ze świątyni Saturna, a za niemi ciężkie, wiekiem poszczerbione marmurowe cielsko tryumfalnej bramy Sewera i ceglany mur w kościół zamienionej kurji Juljusza Cezara... A dalej, tak się z góry wydaje, jakoby łoże jakiegoś wyschłego potoku tatrzańskiego, jeno że każdy złom głazu to granit jakiś lub marmur, z czoła nieistniejącej już świątyni opadły, ze zrównanej z ziemią bazyliki, z pomnika jakiegoś albo też ołtarza... Resztki murów sterczą tu i ówdzie wśród tego piargu, co oblewa osamotnione, do olbrzymich, odartych pni starych drzew podobne trzy marmurowe kolumny świątyni Kastora i, od czarnej ściany palatyńskiego wzgórza odbity, płynie — aż tam