Strona:Bajka o człowieku szczęśliwym.djvu/141

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


I.

Jestem więc znowu w Rzymie, mimo że, odjeżdżając ostatni raz, zapomniałem był wrzucić wedle obyczaju miedzianego solda do szumnej fontanny na placu Trevi... Powróciłem w listopadzie, właśnie w miesiącu, w którym przed rokiem Rzym opuściłem, i czasem zdaje mi się, żem nie wyjeżdżał stąd wcale, że ten ostatni rok w różnych dalekich miastach spędzony, na północy i na błękitnem wybrzeżu nicejskiem, w Alpach i w górach tatrzańskich — ze wszystkiem dobrem i złem, które mi przyniósł, to tylko niespokojny sen jakiejś jednej nocy jesiennej... Wszystko tu jest tak, jak było: takie same ciche są ruiny i palmy i cyprysy nad niemi, rzeka gwarnego tłumu tak samo faluje wieczorami na jasno oświetlonem Corso i te same dzieci jeszcze igrają w słońcu na dległych pla-