Strona:Bajka o człowieku szczęśliwym.djvu/027

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

gów starożytnych, kiedy zburzono mu już ostatnią świątynię i ubito ostatniego wiernego kapłana. I mieszkał tu teraz — między kolumnami jodeł, jak niegdyś wśród marmurowych kolumn, i grywał wieczorami na muzycznem narzędziu o dziwnym, z dawna już zapomnianym kształcie... Słuchały go łanie leśne i ptaki od niego uczyły się śpiewać, a czasem, nad źródłem, co biło nieopodal ze skały ukrytej w gęstwinie, siadał bóg drugi, z koźlemi rogami na głowie, pan tych puszcz, który dał wygnańcowi gościnę, i słuchał również, myśląc o dawnych, przeminionych niepowrotnie czasach.
W takie to miejsce zaszedł człowiek szczęśliwy i przeląkł się też bardzo, zobaczywszy znagła wśród boru boga promienistego przed sobą.
— Kto ty jesteś? — zapytał go bóg.
— Jestem człowiek szczęśliwy, — odrzekł, drżąc jeszcze i patrzył z podziwem na piękną i spokojną choć smutną twarz nieśmiertelnego.
A ten zagadnął go znowu:
— Więc dlaczego wzdychasz, jeśli jesteś szczęśliwy?
— Niedostaje mi wiela, — rzekł człowiek