Strona:Artur Gruszecki - Nowy obywatel.djvu/232

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Właściciel chodził zły po gabinecie, potrącając gniewnie krzesła; przez otwarte okno dojrzał ekonoma.
— Hej! Wierczak! Sam tu!... Do okna, durniu!
— Słucham jaśnie pana.
— Pytał kto o woły?
— Był jeden żyd... dawał po pięćdziesiąt rubli za sztukę.
— Co? — zaczerwienił się z gniewu — płaciłem po siedemdziesiąt pięć!
— Marne, wychudzone, a teraz w robocie dzień w dzień.
— Ot, tobie masz!... Takie twoje gospodarstwo, psi synu! — zaklął.
— Jaśnie pan sam kazał...
— Hm... ja kazał?... nu, niech i tak będzie... Zawołaj żyda, niech da, com zapłacił.