Strona:Antoni Ossendowski - Po szerokim świecie.djvu/44

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ki, małe jeziorko, szałasy i zagrody znikły bez śladu. Na ich miejsce wyrósł pagórek ze zwałów skalnych, które stoczyły się ze szczytów gór. Kamienna lawina pogrzebała pod sobą siedzibę ludzką, nasypawszy nad jej mogiłą olbrzymi wysoki kurhan z potrzaskanych głazów, szczątków drzew i różnobarwnych odłamów skał.
Nagga przypomniał sobie, że przesiedział wtedy na kamieniach całą noc, że wył przeciągle i ponuro, aż lwy zaczęły mu wtórować z gór. To mu przywróciło przytomność. Pozostawił na kamieniach zdobyte skóry, które mogły być potrzebne umarłym rodzicom, bratu Adowi i siostrze Mel, szczególnie — Mel, małej, wiotkiej dziewczynie, co miała głos szarego ptaszka o czerwonym dzióbku, śpiewającego o wschodzie słońca nad ich zagrodą — sam zaś ruszył w świat, szukać ludzi, gdyż obcowanie z nimi stanowiło już potrzebę jego życia.
Teraz właśnie Nagga uprzytomnił sobie ostatni okres czasu. Wiedział, że w pobliżu nie było żadnej siedziby ludzkiej, gdyż zwiedził okolice aż do morza, lecz nigdy istot podobnych do siebie nie spotykał. Błąkał się już oddawna, bo na małej laseczce, wetkniętej we włosy, jedenaście razy nacinał kreskę, oznaczającą wschód słońca, a wciąż był samotny. Uczuł pragnienie. Podniósł głowę, zmrużył oczy i zaczął wietrzyć, szeroko rozdymając nozdrza i chrapliwie wciągając w siebie powietrze. Po chwili w chaosie zapachów odróżnił strugę zimniejszego powietrza i wilgoci. Zerwał się i pobiegł, przesadzając kamienne zwały, przegradzające mu drogę, i zarośla krzaków, lecz te wkrótce utworzyły gęstą sieć; więc był