Strona:Antoni Ossendowski - Nieznanym szlakiem (1924).djvu/96

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


bami. W różnych miejscach widniały takież ogniska pierwotne. Ludzi jednak nigdzie nie dojrzał przybysz, a wtedy dłoń do ust przyłożył i krzyknął:
— Wychodźcie! Nic się wam złego nie stanie. Nie jestem urzędnikiem, nie jestem policjantem. Te słowa natychmiast poskutkowały. Z szałasów, z nor podziemnych i z innych barłogów zaczęły wypełzać, czołgać się dziwne, straszliwe w swej nędzy postacie, jedna od drugiej potworniejsza i bardziej znaczona piętnem śmierci. Wypełzły jak widma, wodzone snem chorobliwym, i zatrzymały się wahające, przerażone i nieufne.
Przybyły pewnym krokiem zbliżył się do nich, obszedł wszystkich, każdego obejrzał, o coś zapytał, a później uśmiechnął się prawie wesoło i zawołał:
— A ilu was tu się gnieździ?
— Stu piędziesięciu trzech! — odpowiedział za wszystkich chory ną trąd stary Kozak, ledwie poruszając ustami.
— Siekiery, piły i inne narzędzia macie? — pytał dalej student, a gdy mu odpowiedziano, że kilka sztuk posiadają jął się rozpytywać, czy uprawiają rolę, a dowiedziawszy się, że tego tu nie znają, zdziwił się bardzo i rzekł:
— Niedołężna z was publika!
Obejrzał wszystkie skrytki, gdzie się gnieździli chorzy, kazał pokazać sieci rybackie i łodzie, wszystko spostrzegł i zapamiętał, zadawał różne pytania, a później poszedł wgłąb wyspy, chodził