Strona:Antoni Ossendowski - Nieznanym szlakiem (1924).djvu/13

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Gdy łódź była już zupełnie gotowa, na nowo osmolona i opatrzona, zsunęli ją bliżej do brzegu i czekali na ciepłe czasy. Długa jednak zima syberyjska dręczy ludzi swemi mrozami i wichrami. Radkiewicz z niecierpliwości i niepokoju aż zczerniał, chodził z gorączkowo błyszczącemi oczami i mocno zaciśniętemi ustami. Lindensztadt zmienił się też do niepoznania. Zawsze zimny i spokojny teraz często wzdychał i kurczowo ściskał swoje muskularne, zgrubiałe dłonie, a w jego jasnych niebieskich oczach gnieździły się niepokój i tęsknota.
Wszystko ma swój koniec na ziemi. Przeszła więc zima i Jenisej zerwał potężne więzy lodowe i poniósł je, krusząc i wyrzucając na wyspy i mielizny, do Oceanu.
Polak i dziecię smętnej Finlandji nie zdradzali na zewnątrz swoich uczuć, pracowali nad połowem ryb i codziennie coś dodawali do swej łodzi. Nagromadzili sporo solonej, suszonej ryby, sadła, sucharów, herbaty i soli, w kajucie mieli duże pudło cukru i blaszankę z wódką. Kołysząca się na rzece łódź cieszyła wzrok rybaków. Podczas swoich łowieckich podróży w okolicach Jeniseju sprawdzili szybkość i sprawność łodzi i znali ją teraz jak własną kieszeń. W rękach wprawnych rybaków była posłuszną, jak wóz, ciągnięty przez konie.
— Dopłyniemy... — szepnął raz Lindensztadt, rzucając porozumiewawcze spojrzenie na towarzysza.