Strona:Antoni Ossendowski - Nieznanym szlakiem (1924).djvu/111

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Burchan, Burchan! przybyłeś... obawialiśmy się, żeś powrócił tam!
Mówiąc to, ręką na niebo wskazał.
Po chwili ludność kolonji otoczyła Kowala, całowano go po rękach, podejmowano pod kolana, padano przed nim na twarz lub dłonie wyciągano do niego, ruchem modlitwy.
Wielką radość i szczęście odczuwał młodzieniec, a myśl znowu pomknęła do Najwyższego Sędziego i poniosła nieme błaganie serca:
— Boże, zachowaj dla mnie ją — umiłowaną! Boże, połącz nas! Boże, który znasz głębię mojej miłości...
Trzeba było jednak działać. Wydał kilka rozporządzeń i wnet wszystko rzuciło się do pracy. Mężczyźni ładowali na kupione przez Kowala sanki pudła, toboły i wory; Buriaci — znawcy koni, uważnie oglądali przyprowadzone szkapy i z zadowoleniem cmokali ustami; kobiety miłośnie prowadziły krowy, owce i świnie i niosły kury i kaczki w stronę baraków, gdzie stały od jesieni wzniesione obory o ścianach, splecionych z prętów wikliny i brzozy.
Przez całą zimę wrzała nowa praca. Robiono wozy i koła, szyto bieliznę, ubrania i buty, pleciono sieci i pielęgnowano bydło i drób tak, jakgdyby mieszkańcy osady stali się niewolnikami koni, krów i innego żywego dobytku. Buriaci, wprawne pastuchy, wynaleźli na wyspie miejscowości, dogodne dla paszy bydła nie tylko w lecie,