Strona:Antoni Lange - Róża polna.djvu/99

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Wypiłem parę kieliszków madery i poszedłem do domu, niezadowolony z siebie i jeszcze bardziej pełen gniewu na Łąckiego.
Rano o godzinie ósmej obudził mię posłaniec, który wczoraj wieczorem szukał po hotelach warszawskich mego nieprzyjaciela. Znalazł wkońcu jego nazwisko w hotelu Saskim, ale już od dwóch dni go nie było; siedział tydzień i wyjechał do siebie.
— Dokąd?
— Do Skalisk, w Lubelskiem, stacja Rejowiec...
A więc w Lubelskiem, a więc Rejowiec. Właśnie te same punkty, do których zwykle docierała Emilja... Sąsiad, mniej lub więcej bliski; znali się od dziecka; pewnie byli w zażyłości; ukrywała przede mną wszystko.
Hieronim Cezary! Oczywiście nikt inny, tylko on... ślad nieomylny, dowód niezaprzeczony... Sherlock Holmes inaczejby sprawy nie prowadził.
Śledzić jednak nie myślę; chcę postępować jawnie i otwarcie.
Otóż mogę się dowiedzieć o tem wszystkiem jedynie bezpośrednio od Łąckiego — i nie mam innego sposobu, tylko pojechać do niego. Tą drogą zrozumiem, co łączy go z Emilją; dlaczego on mi każe się kłaniać, ona zaś przesyła mi jakieś sentymentalne nakazy w sposób tajemniczy — za maską. — Cała więc sprawa moja w chwili obecnej polega na tem: pojechać do Skalisk pod Rejowcem.
Jeżeli wyjadę pociągiem wieczornym, będę na miejscu koło siódmej rano: godzinę — dwie wypocznę; końmi dojadę na miejsce koło wpół do dziesiątej. Jakoż tak postąpiłem. Wziąłem ze sobą rewolwer w przypuszczeniu, że będzie mi istotnie potrzebny: przewidywałem dramat. Emilja oczywiście była te-