Strona:Antoni Lange - Róża polna.djvu/101

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Śnieg był dobry, droga — gładka. W wynajętych saniach szybko sunęliśmy naprzód, pomimo lekkiej zadymki, która nam prószyła w oczy. Woźnica mój, którego rozpytywałem o Łąckiego, nie mógł się dosyć nachwalić.
— Pan dostojny, szlachetny, szczodry, uczony i t. d.
Słowem cnoty w najlepszym doborze.
— Tak, tak — mówiłem sobie — to musiało nastąpić. — Poczem dodałem głośno: — A do Burzanów stąd daleko?
— Jak prostą drogą, to za cztery godzinyby trafił; ale tak zwyczajnie — to blisko dziesięć godzin.
— A pan Skaliski czy bywa u państwa Burzańskich?
— Dokumentnie tego ja nie wiem.
Ale oto już jesteśmy blisko. Wkraczamy we wrota, objeżdżamy wkoło na dziedzińcu klomb, na którym liczne słomiane chochoły świadczą o obfitości róż w lecie tu przed dworem — i stajemy przed pięknym murowanym gmachem.
Służący wychodzi i pomaga mi wysiąść; ręce i nogi mam tak przemarznięte, że ledwie ruszać się mogę. Wchodzę do przedpokoju, gdzie zdejmuję palto i futro — i gdzie zaczynam wkońcu miłe ciepło odczuwać, idące od obfitych drew, płonących w wielkim kominie.
Podaję służącemu kartę i proszę o jej oddanie gospodarzowi.
Gospodarz, mężczyzna lat trzydziestu kilku, w swobodnym zimowym kostjumie domowym, bacznie mi się przygląda (pewnie mnie zna) i pyta z wyszukaną (aż zanadto) grzecznością:
— Czem mogę panu służyć?
Jeszcze nieco przemarznięty, czuję, jak ciepło