Strona:Antoni Lange - Przekłady z poetów obcych.djvu/51

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Przez ciebie zieleń budzi serca mego bicie,
Przez ciebie ja oddycham i miłuję życie.“

Łzy jej głos przydusiły. W sercu młot kołatał.

Naówczas ptak olbrzymi, co nad borem latał,
Jak gdyby czarna chmura na niebios sklepieniu,
Na wielkiej palmie skrzydła swe złożył w milczeniu.
A w jego oczach złota płonęła źrenica,
I przebijała nocny mrok jak błyskawica,
A na potężnym grzbiecie pióra najeżone
W ciszy mroku chrzęściały, jak miecze ostrzone.
I ku dwojgu kochankom, których, zda się, badał,
Nachylił się z wyżyny, i tak do nich gadał:

— „Nie lękajcie się mojej postaci straszliwej!
Jeślim nie mądry, stary-ć jestem, nieszkodliwy.
Ja to walczyłem niegdyś przez niebieskie szranki
Z nieśmiertelnym Rakszasem, dzikim władcą Lanki.
Gdy ten wichrem, gdzie żądze najgorsze ukryte,
Porwał najcudowniejszą pośród kobiet — Sitę.
Szponami żelaznemi i żelaznym dziobem
W krwawy deszcz mu zmieniłem ciało. Był nad grobem.
Lecz on mi złamał skrzydło. Nie wyrwałem Sity,
I, padając ze szczytów gór na górskie szczyty,
Myślałem, że umieram. Jam sępów odwieczny
Król. Żal mi was. Słuchajcie. Kiedy Bóg słoneczny,
Złoty Surya, gór szczyty ogniem swym przenika,
Visvamitry szukajcie w lesie, pustelnika,
Którego ascetyczny żywot zmienił w boga.
On was zbawi. Żegnajcie. Na mnie czas i droga!...