Strona:Antoni Lange - Przekłady z poetów obcych.djvu/43

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Rozlewa swoje fale — po ziemi różanej.
Jak stada białych owiec na zielonej łące,
I rzuca w świat spojrzenie, różami płonące —
I prowadzi ze sobą w blasku swych narodzin
Na progi mieszkań ludzkich troski z rojem godzin.
Wszystko się dla jej oka staje przezroczystem —
I — tylko — rozmarzony pod niebem srebrzystem,
Wolny od próżnej żądzy widzieć przyszłe świty.
Mędrzec czyste swe serce unosi w błękity:
Wie on bowiem, że Maya, wieczne kłamstwo świata,
Drwi z tego, co po ziemi chodzi, płacze, lata —
I że w tysięcznych formach ta płodna ułuda
Przed czasami wszechbytu wymarzyła cuda.


II.

Pod niską swą warangą, pod cieniem jujuby,
Czcigodny Riszi kończy swe modły i śluby.
Opuszcza rękaw na swych ramionach z bursztynu
I obwiązuje lędźwia swe pasem z muślinu,
I krzyżuje swe nogi — i z zamkniętem okiem
Rozmyśla, nieruchomy w milczeniu głębokiem.
Żona mu na obrusie złożyła w tej chwili
Zsiadłe mleko i miarkę ryżu i daktyli —
I natychmiast odchodzi, by jeść w oddaleniu.
Trzej ludzie stoję obok, przy starcu, w milczeniu.
Trzej synowie, najstarszy z prawej; z lewej strony
Najmłodszy; średni pości — naprzeciw — schylony.
Średni jest najpiękniejszy, choć najmniej kochany.
Jego mankiet w manele srebrne przyodziany,
A po karku mu nagim, silnym bujnie spływa
Rozwiana — czarna — gęsta — gładkich włosów grzywa