Strona:Antoni Lange - Przekłady z poetów obcych.djvu/231

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


A blade zamki i ich cienie —
Zawisły, rzekłbyś, jak widzenie
W powietrznej sinych mgieł arenie.
Gdyż z dumnej wieży tej stolicy
Duch Śmierci patrzy bladolicy.

Groby rozwarły się widomie,
Ziejąc — na martwych skał poziomie —
Lecz ani skarb, co w nich zamknięty,
Ni w oczach bogów dyamenty,
Ni trupy — strojne w wieniec zloty —
Nie zbudzą głębin tych z martwoty —
I żadna struga, żadna mgła —
Nie marszczy fal umarłych szkła.
Nie wróży nic, że będzie wiatr
Na tem straszliwie niemem morzu;
Nie świadczy nic, że był tu wiatr
Na tem ohydnie cichem morzu!

Lecz — spójrz! w powietrzu jakiś ruch
Toń wód porusza jakiś duch:
Wieżyce, zda się, płyną w dół,
W mgły rozwiewając się na pół...
Mdlejące świątyń bladych szczyty
Znikają, w próżni mknąc błękity,
I zapłonęła toń ogniściej —
Godziny dyszą uroczyściej
I w dzikich jękach — w bezdeń wód —
Zapada w mgłach mistyczny gród,
I z swych tysiącznych wstając tronów
Wita go piekło śród pokłonów!