Strona:Antoni Lange - Przekłady z poetów obcych.djvu/18

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Stopa nieobrzezanych gniotła kark i ducha
Walecznych. W proch upadły, spustoszały mury
Świątyni, gdzie swe modły śpiewały praszczury,
I dziewice płakały pod biczem eunucha,
A z niebios patrzał Jahweh — niemy i ponury.

Więc w dzień ów, zostawiwszy przy prababkach siwych,
Na swych matach skórzanych uśpione dzieciny
I przecudne niewiasty smutnej swej drużyny,
Syn Elama, od młyńskich trudów uciążliwych,
Znużony, nad Khobarem legł usnąć śród trzciny.

Na pastwiskach promieńmi oblanego łanu,
W cieniu palm spoczywały byki i rumaki
I wielblądy dwugarbne, a przy nich strażaki,
Co przybyli z chaldejskiej ziemi i z Iranu.
Togorma, mąż Widzący, miał sen. Oto taki:

Oto był wieczór czasów tajemniczych świata,
Wówczas, gdy od południa słońc do zórz północy,
W przyrodzie rozkwitały pełne świeżej mocy:
Skała, kwiat, zwierz i ptaków gromada skrzydlata,
I gdy Bóg wśród swych istot oddychał wszechmocy.

Więc był to wieczór czasów. Nad wzgórzami chmury,
Wznosząc się nad kipiącej morskiej kadzi łono,
Zwieszały się na niebie, jako ołów bury;
To znów, porwane wirem szalonej wichury,
Z hukiem się w błyskawicę wiążą nieskończoną.

Na zachód jakieś zéze oko purpurowe
Pogrążało się zwolna w złote morza piany,