Strona:Antoni Lange - Dywan wschodni.djvu/336

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Czynem więc imię uświęć swe,
jako niszczyciel trosk się zjaw! —
Tak ona z drzewem mówi tem,
poczem odchodzi krasolica —
I dalej poszła w lasu głąb,
gdzie wciąż straszniejsza okolica!
Jeziora mnogie były tam
i gąszcz zielona traw i kierz,
Pagórki leśne, dolin mech,
i liczne ptastwo, liczny zwierz;
I pieczar ciemność, zieleń wzgórz,
miłe dla oka fale wód:
Ogląda pani dziwy te,
szukając męża jako wprzód.
Niemały ujdzie drogi kęs
królewna ta o złotej dłoni,
Aż wielki tabor ujrzy: — tłum
ludzi i wozów, koni, słoni;
Tabor przechodził rzeki toń,
toń przeźroczystą, potoczystą,
Spokojną — wielką wzdłuż i wszerz —
u brzegów strojną w darń kwiecistą.
Wkrąg dzwonił śpiew kukułek, mew —
i wrzask flamingów i cyranek —
W głębi czerń węży — żółwi — ryb —
na wodzie setki wysp, polanek.
Ujrzawszy ludu wielki huf,
Nalowa pani jaśniejąca —
Przystąpi naraz — krasy dziw!
w pośrodek ludzi tych tysiąca.
Obłędną postać, bladą twarz,
obdartą szatę, smutne oczy —
Miała znękana pani ta
i pył bezdroży wśród warkoczy
Gdy ją zobaczy ludu huf,
ci w przerażeniu uciekali,
Ci się zamyślą na ten dziw,
a inni krzykiem ją witali.
Innych porywa pusty śmiech,
ci rzucą klątwy słowo złe,