Strona:Antoni Lange - Dywan wschodni.djvu/282

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


W oczach naszych świątobliwych
Wszak czarniejszym być nie mogę,
Niżli murzyn afrykański!


XIX.

Kiedy kwitną róże, miłość szkołę zakłada,
Słowik jako profesor rzecz w gaju wykłada.

Stary Hafiz pokorny do szkoły się wkrada,
Słowik mówi, on pisze, światu rozpowiada.

Nauczył się dwóch rzeczy i śmiało je gada:
Niema jak piękne dziewczę i z winem biesiada.

Gdzie tego niema, pusto: żywot się nie nada.
Straszno: piekielnych duchów gnieździ się gromada.

Dla tego prosi nieba, choć sławę postrada:
Zostaw mnie w moich grzechach, dusza grzechom rada.


XX.

Poco słuchać, jak derwisze
Pustą huczą mową,
Aby cię zabrali
W niewolę duchową?

Ja niech raczej słyszę
Słowika, z zielonej
Co róże ambony
Po swojemu chwali;

Co wiośnie, miłości
W zachwycie pieśń śpiewa.
Niebiosa — meczetem,
Wiernymi mu drzewa.