Strona:Antoni Lange - Dywan wschodni.djvu/216

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ZE ZBIORU:
MARDŻ ANNADHIR.
I.

Noc tę pamiętam zawsze, gdy ma ukochana,
Z której ustek miód wionie i woda różana —
Weszła do izby mojej — i zapromieniała
Nagle jak księżyc w pełni — świetlana i biała.
„Ujmij—rzecze—mię w ramion swych silnych kolisko:
Wszystko mów, czego żądasz. Mów — otrzymasz wszystko.
Strażnik mój dziś odjechał gdzieś na kraniec świata!
Objąłem ją i mówię: „Iście twoja szata
Zasłoną jest niemiłą! Zrzuć ją, o władczyni
Mego serca!" I zaraz moja ręka czyni,
Źe opadać zaczęły rąbki jej sukienki.
Z uśmiechem spoglądała na ruchy mej ręki —
I dziwnie tem zrywaniem stała się radosną,
A ja dalej tę pracę czyniłem miłosną.
„Luba! Czyli kwiat w pączku obudzi zachwyty?
Ach, nie nęci mię owoc liściami okryty.
Nie kocham miecza, który w pochwie jest zamknięty.
Z żalem patrzę na księżyc chmurą osłonięty."


II.

Mów mi, twe ząbki czy to sznurek pereł białych —
Czy rumianków rząd? czyli hyacyntów pączki
Lub kwiaty, co na palmach kwitną wybujałych,
Które dziewczę roztwiera bielą swojej rączki?
Albo zorza wiośniana, w której krople rosy
Drżą mieniącem się światłem na listków zieleni —
Albo szronu kawałki, co dziwnemi losy