Strona:Antoni Lange - Dywan wschodni.djvu/210

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Na ulicach miast arabskich sroży się niewierny rój;
Ha!... na widok ten łez krwawych z oczu nam wytryska zdrój!...
Na meczetów naszych szczycie krzyże błyszczą ze wszech stron,.
Tam, gdzie czciliśmy Ałłacha — chrześcijański jęczy dzwon!...
Czy hiszpański kraj odzyska, co szczęśliwy dotąd miał?...
Pustką szkoły, w których niegdyś głos Koranu święty brzmiał!...
A ogrody naszych willi co pieściły każdy wzrok,
Pomarniały i dziś od nich stroni już przechodnia krok!...
Tłumy chrześcian to szarańcza, a po prześciu takich fal,
Wszędzie tylko spustoszenie, zgliszcza, smutek, razpacz, żal!...
Gdzie jest życie, którym dotąd nieustannie wrzał nasz ród?
Gdzie piękności, co rozkoszą każdy nam słodziły trud!...
Druzgoczący wszystko w drodze, niezbłagany wróg nasz ten,
Który, żeby szerzyć zgrozę, swój poświęca spokój, sen,
Wtargnął z ogniem i żelazem, a potęgą wszystkich sił
Kraj w pustynię nam zamienia, dzieła sztuki w proch i pył -
Podaj dłoń nam, dzielny książę, lituj się cierpiących rzesz,
Do Hiszpanii — zdruzgotany okręt jej ratować spiesz!...
W walkach świętych, na twój widok, wszak przejmował wrogów dreszcz;
Byłeś mieczem, albo dumą, co spragnionym niesie deszcz.
Jak przed słońca promieniami ciemność nocy pierzcha wnet,
Tak przed tobą Murabici dumny zgiąć musieli grzbiet.
Z wiarą do przystani twojej przybył biedny okręt nasz,