Strona:Antoni Lange - Dywan wschodni.djvu/167

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


IMRUL-KAIS.
I.

Rankiem wyjeżdżam na łowy, gdy jeszcze w gniazdach są ptaki.
Koń mnie unosi skrzydlaty, co niby łańcuch żelazny
W locie swym niewstrzymanym zwierza dzikiego zakuwa.
Koń jako wieża wysoki — to skacze wprzód, to się cofa,
To się oddala, to zbliża — jakoby skała ogromna,
Z gór strącona potokiem. Gniadą ma szerść jako jedwab’.
Czaprak w galopie od grzbietu tak odskakuje jak deszczu
Krople, które odrzuca głaz polerowny. — Wychudłe
Nogi ma, życiem kipi, w zapałach pościgu i pędu
Z piersi wydaje szum, niby wrzątek w kotle miedzianym.
Gdy inne konie omdlały — on nieznużony wciąż pędzi
I pozostawia na piasku ślady głębokie swych kopyt.
Strąci on z grzbietu raptownie młodzieńca jak pióro lekkiego,
Jeźdźca siwego płaszcz — w poskoku jak obłok wywraca —
I tak się szczególnie wykręca, jak krągła zabawka dziecinna,
Wydrążona pośrodku i wirująca na nitce.
Boki ma on jak gazela; nogi ma strusia; bieg — wilka,
Skok ma lisa młodego; biodra — do miary szerokie,
A gdy nań patrzysz od zadu, kończą się prostym, puszystym,
Ciemno-gniadym ogonem, który się wlecze po ziemi.
— Gdy przywiązany spoczywa u mnie w namiocie, naówczas