Strona:Antoni Ferdynand Ossendowski - Orlica.djvu/68

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ny świątyni, czy przebiegała przez brudną „bled“[1], też może dotknęła ciała zamordowanego człowieka lub innego padła? Czy zrozumiałeś mnie, Ed Ksel, ozdobo i dumo całego grodu?
— Mówisz przypowieściami, jak wędrowny prorok z sekty Haddaua[2] — mruknął gospodarz. — Coprawda jesteś tak podony do proroka, ty zezujący bazyliszku, jak mój fonduk do Dar-el-Mahzen[3] sułtana...
— Lecz więcej niż ty — do człowieka... — przerwał mu Soff, szczypiąc go w ramię.
— Rozumiem, że w mieście bezpieczniej temu młodzieńcowi, niż gdzieś na wsi... — ciągnął murzyn.
— Mądry jesteś i domyślny! — zawołał Soff. — Bo to widzisz, przyjacielu, gdy wpuszczę ci do kubła kroplę henny[4], woda stanie się szkarłatna i nie będziesz jej pił, lecz gdy wleję całą beczkę henny do rzeki, woda w niej nie zmieni barwy, i piękny Ed Ksel nie zauważy, że pije farbę...
— Ha! Ha! — zaryczał, trzęsąc się ze śmiechu, murzyn. — Znowu przypowieść! czy nie chcesz wykierować się na mułłę[5], czy nawet taleba[6]?

— Owszem! Ale wyłącznie dlatego, aby z twoich krewnych wydusić sporo franków za twój pogrzeb! — odparł, klepiąc gospodarza po grubym karku, Soff.

  1. Wieś.
  2. Sekta w Islamie. Wyznawcy jej trudnią się żebraniną i lubują się w kotach i kozach.
  3. Pałac.
  4. Czerwony barwnik roślinny. — Lausonia inermis.
  5. Kapłan.
  6. Uczony kapłan.