Strona:Antoni Ferdynand Ossendowski - Orlica.djvu/169

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


niła inaczej, niech mój przyjaciel Ras przyjeżdża tu i niech dokona zemsty, ja bronić się nie będę! Niech mnie zabije...
Z głośnym okrzykiem rozpaczy Aziza zawisła mu na szyi, szlochając i tuląc się do Araba.
— Nie powiem nic, nigdy, chociażby żyły ze mnie wyciągał mąż! — mówiła namiętnie. — Musisz przyjechać do nas, bo już nie mogę nie widzieć twoich oczu i nie słyszeć głosu twego, który brzmi, jak lutnia, panie mój, panie mój!
Zanosiła się od płaczu i drżała w porywie rozpaczy, w szale rozstania, być może, na zawsze.
Saffar el Snussi śpieszył jednak z odjazdem góralki, gdyż niewolnik Harazem stał już przed domem z wielbłądami, mającemi rozwieźć sprzedane kobiety po różnych miastach.
W pół godziny później Aziza w towarzystwie dwóch innych kobiet jechała w namiocie, kiwającym się na grzbiecie wielbłąda, i cicho płakała.
Nie rozumiała dobrze Aziza, nad czem rozpaczała, — czy nad tem, że straciła prawo nazywać Rasa mężem, czy też nad tem, że rozstaje się z ukochanym człowiekiem, takim wspaniałym, pięknym i rozkochanym w niej.
Wielbłądy szły kilka dni, zatrzymując się tylko na noclegach, aż nareszcie doszły.
Jakiś stary człowiek o twarzy, zoranej przez ospę, kazał kobiecie wysiadać.
Aziza zobaczyła, że stoją na podwórzu fonduka, że jest tu około dwudziestu dziewczyn i że jacyś Arabowie i otyłe, obwieszone klejnotami, europejskie kobiety oglądają każdą, rozdzielają całą partję na grupy i wyprowadzają na ulicę.
Do Aziza zbliżyła się jedna z cudzoziemek,