Strona:Antoni Ferdynand Ossendowski - Orlica.djvu/156

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


dze, a szepnij jej w tajemnicy, że jestem marabutem, i że nie lubię ciebie za to, że handlujesz żywym towarem...
— Dobrze, sidi! — mruknął Harazem, szczerząc zęby i wykrzywiając bezczelną twarz. — Będzie zrobione!
— To wszystko! A teraz przygotuj wielbłąda z najlepszym namiotem dla mojej niewolnicy.
Powiedziawszy to, Saffar zawrócił konia, lecz Harazem ześlizgnął się w tej chwili z wielbłąda, podbiegł do jeźdźca i ostentacyjnie z wielkim szacunkiem, pocałował go w połę płaszcza.
— Pierwszy hołd marabutowi... szepnął niewolnik, trzęsąc się od śmiechu.
— Wspaniale! — mruknął handlarz, z powagą dotykając ręką schylonej przed nim głowy pomocnika.
Wszystko to widziała Aziza i dziwiła się w duchu, pytając siebie, dlaczego ten zbrodniarz, handlarz ludźmi, całuje szaty Saffara el Snussi?
Arab tymczasem podjechał do niej i rzekł z pokorą w głosie:
— Wybacz mi, gwiazdo Allaha, żem zmusił cię przebyć uciążliwą drogę na koniu! Kupiłem u sidi Rutema dobrego wielbłąda ze skromnym namiotem dla ciebie. Nie godzien on osłaniać twego pięknego ciała, lecz w drodze trudno o inny. Wybacz mi nieudolną opiekę moją nad tobą i spocznij w namiocie!
— Sidi, nawykła jestem do siodła... — odparła Aziza. — Mogłabym całą drogę odbyć na koniu, lecz, jeżeli taka jest wola twoja, pojadę w namiocie...

— Dziękuję ci „Mazur nuar“[1] — szepnął Saf-

  1. Kwiat ukochany.