Strona:Anton Czechow - Partja winta.djvu/104

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


piero miał się czego zawstydzić. Zauważył bowiem, że staruszek, który siedział przed nim, w pierwszym rzędzie krzeseł, rękawiczką starannie wyciera łysinę i kark i coś mruczy. W osobie staruszka Czerwiakow poznał cywilnego generała Brizżałowa, który służył w ministerstwie komunikacji.
— Opryskałem go! — pomyślał Czerwiakow. — Nie mój to naczelnik, obcy, a jednak przykro. Trzeba go przeprosić.
Czerwiakow chrząknął, nachylił się i szepnął generałowi do ucha:
— Wybaczy eksce-ncja, ja pana opryskałem... to — niechcący.
— To nic, to nic...
— Na Boga, proszę mi wybaczyć. Ja przecież... ja nie miałem zamiaru!
— Ale niechże pan siedzi spokojnie, proszę, i nie przeszkadza słuchać!
Czerwiakow skonfundował się, uśmiechnął głupio i zwrócił się znów ku scenie. Patrzył, słuchał, ale czar prysł... Zaczął go dręczyć niepokój. Podczas antraktu podszedł do Brizżałowa, pokręcił się koło niego i, przezwyciężywszy nieśmiałość, wykrztusił:
— Ja pana opryskałem, eksce-ncjo... Przepraszam... Ja przecież...
— Ależ daj pan spokój... Ja już o tem zapo-