Strona:Andrzej Strug - Dzieje jednego pocisku.djvu/27

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


przez osobę zaufaną, choć pochodzenia niskiego. Było to w tych dniach.
— Stanie się zadość rozkazowi najjaśniejszej pani. Ale hrabina zechce może spocząć. Dostrzegam ślady zmęczenia.
— Ani chwili dłużej nie mogę pozostać. Królowa czeka na klejnoty. Królowa czekać nie może — a również ten, który ma być obdarzony — ten tym bardziej.
— Ktoś to bardzo szczęśliwy.
— Łaska królowej jest nieograniczona. Zresztą człowiek ten zasłużył oddawna i niegodzi się kazać mu jeszcze czekać...
— A zatem dzisiaj...
— Niewiadomo. Tajemnica dworu...
Doktór widział jednak nadzwyczajną bladość na twarzy Kamy i jej oczy, połyskujące niezwykle z za woalki. Była nie sobą. Była nadzwyczajnie piękna.
I ten jej djalog, zaimprowizowany tak ni stąd, ni zowąd.
Ocknął się w nim lekarz.
— Musicie przez chwilę odpocząć. Wszystko to bardzo dobrze, ale dla samego powodzenia...
— Nie wiem, o co wam chodzi, widzicie, śpieszy mi się.. Dajcie mi tylko szklankę wody...
Po chwili doktór wrócił ze szklanką wody, którą postawił na bocznym stoliczku.
— Szklankę wody, owszem, ale ta wasza woda warszawska.. trzeba koniecznie coś dla smaku...
— Dajcie no pokój! Nie wierzę ja, doktorze, w wasze proszki.