Strona:Andrzej Strug - Dzieje jednego pocisku.djvu/15

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dorożek, jedna za drugą, pędzących co siły w szkapach. Z dorożek sterczały ku górze bagnety. Gdzieś na gwałt wieziono żołnierzy. Za chwilę zatętnił na bruku oddział konnej policji. Kama drgnęła całym ciałem. Turkot i tętent urwały się jakoś za blizko, gdzieś strasznie za blizko.
Stała wpatrzona w jeden punkt. Szepnęła „tak“ i poszła w swoją stronę. Szła długo, długo, mijała zabudowania kolejowe, przeszła koło wielkiej, jasno oświetlonej stacji, pełnej wrzawy i ruchu. Zatrzymała się przed stacją po drugiej stronie placu i z jakimś wyczekiwaniem wpatrywała się w zgiełkliwy tłum ludzki. Czekała — ale wszystko było zajęte sobą i niemiłosiernie zwyczajne.
Porwała się z miejsca i szybko zaczęła powracać — niosło ją bezmyślne wzruszenie. Był w niej bolący dotkliwie niepokój, jak gdyby wyrzut i obłąkana żądza zatracenia.
Mijała czarne parkany, długi druciany płot, za którym ciągnęły się szeregi wagonów towarowych, i śpieszyła się bardzo, resztką ostrożności podtrzymując na rzemyku pod okrywką swój ciężki pakunek. Nagle ryknął jej tuż nad samym uchem sygnał parowozu.
To osadziło ją na miejscu.
Spojrzała na zegarek i szepnęła „jeszcze zdążę“. Wydobyła chustkę i długo, starannie ocierała sobie twarz. Bo łzy zalały jej już nietylko twarz i woalkę, ale i przód żakietu. Gdy wsiadła do dorożki przed stacją, te panieńskie łzy już zamarzły i perliły się na szarym korcie żakietu.