Strona:Andrzej Kijowski - Dziecko przez ptaka przyniesione.djvu/91

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Milczę i czekam, i nie chcę tylko, aby ktoś widział to spotkanie moje z idącą chmurą czy postacią.
— Chcesz się bronić, czy sam masz jakieś złe zamiary?
— Chcę zrobić naprzód jeden krok.
— Aby się poddać?
— Aby spotkać.
— I budzisz się?
— Właśnie wtedy, gdy ruszam, aby pójść naprzeciw.
— Dużo przebywaj na powietrzu.
— Będę się starał.
— Na noc nie jadaj nic ciężkiego.
— Lekki rosołek i dwa jajka, to wszystko, co do ust biorę wieczorną porą.
— Nie patrz do studni.
— Z dala ją mijam.
— I nie myśl dużo w samotności.
— Postaram się nie myśleć wcale.
— A powiedz...
— Słucham pana?
— Jak wytłumaczysz to, coś dziadkowi dzisiaj zrobił? Figiel taki?
— O, nie.
— Więc co to było?
— Właśnie ten krok.
— Na jawie też tę bliskość czujesz? Tę chmurę, wodę, cień, czy kogoś, kto idzie — groźny, upragniony?
— Właśnie na jawie.
— Nie przez sen?
— O snach nie było mowy wcale.
— Jak to? O sny przecież pytałem ciebie i tyś o snach mi opowiadał.
Wybuchnąłem śmiechem:
— A tośmy się nie zrozumieli! ha, ha!