Strona:Andrzej Kijowski - Dziecko przez ptaka przyniesione.djvu/61

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Bo prawdy nie zna i znać nie chce.
— Ja bym chciał wiedzieć.
— Tak się zdaje.
— Ja nie kłamię.
— He, he — bez przerwy! Powtarzasz przecie cudze kłamstwa.
— Dla mnie to prawda.
— Dla każdego prawdą jest to, co mówi właśnie.
— Więc i ty kłamiesz.
— Ja mówię mało, swoje wiem i na tym koniec. Prawda, myślę, wychodzi sama i po tym tylko ją rozpoznasz, że jest inna, niżbyś chciał, jeszcze dziwniejsza albo prostsza.
— Więc mam czekać?
— Spać, może ci się wyśni.
— Śmiejesz się ze mnie?
— Mnie tam nie do śmiechu.
— A ty w nocy śpisz?
— Jak suseł.
— Przyśniło ci się kiedy to, coś chciał wiedzieć?
— Ja twardo śpię — rzekł z uśmiechem siatkę na łóżko zaciągając. I odszedł rozmowy nie skończywszy. Jak wszyscy, jak cały ten kłamliwy świat.

— Śpię. — W tym kłamstwie moja radość, moja noc długa, na którą nie ma przyzwolenia, więc wolna.
Gwizdek Dubiela ją zaczynał i psów szczekanie. Sam zostawałem i myślałem, jakbym urządził świat, gdybym go stworzył — siebie, dziadka, Polskę i zakład wynajmu. Bogiem byłem trzeźwym i o dochody swoje dbałem. Świat był biedny, nie miał koni, aut, kolei ani wojska, ani praw. Kto chciał jeździć, wojny robić, orać, żenić się lub zmarłych grzebać, do mojej musiał przyjść kancelarii, z której rządziłem armią