Strona:Andrzej Kijowski - Dziecko przez ptaka przyniesione.djvu/39

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Święta jakieś, dziadku.
— U nas ciągle, panie, święto.
— Popatrz, wojsko idzie.
— Na paradę — niech se idzie.
— Popatrz, portret!
— Widzę. Stary już jest, tak jak ja.
— Czy on naprawdę wszystkim rządzi? Wojskiem, szkołą i koleją, pocztą, bankiem i policją, każdą rzeczą i każdym z nas?
— A bo co takiego? Cóż ci oczy tak latają, rączki drżą i głosik tak się łamie, jakbyś płakać chciał czy co?
— Nie wiem, dziadku. Jakiś urok na mnie rzuca jego wzrok ponury i jego wąs, i jego brew, i jego szabla, i buława, i jego koń, i mundur siwy... Może dlatego, żem sierota, ojca nie znam, więc szukam jego wyobrażeń i miłość moją ofiaruję symbolom władzy i ojcostwa.
— Jakim symbolom, co ty pleciesz?
— Tak mi powiedział doktór Kraft.
— To babskie wychowanie, panie, ja z tym skończę.
— Ach, nie mów o nim źle, dziaduniu, on mnie rozumie. Powiedz jeszcze: to jemu wszystko zawdzięczamy?
— Komu znaczy?
— Dziadkowi, to jest marszałkowi, szefowi państwa, który królem byłby pewnie, gdyby się czasy nie zmieniły?
— Co mu zawdzięczamy, mówisz?
— Życie i wolność.
— Co za bzdury! Ach, to wychowanie bab i doktorów! Ja wiem dobrze, skąd to wszystko! To ten zeszyt czarny...
— Nie mam zeszytu, ach, dziaduniu!
— Wiem, że go pod poduszką chowasz. Ja go zabrać