Strona:Andrzej Kijowski - Dziecko przez ptaka przyniesione.djvu/152

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wchodził cicho, a pękła, kiedym krzyknął „dziadziu!”
Załkano wkoło, ksiądz się zbliżył, podźwignął w górę dłonie starca, które opadły ciężko z łoża, jak wiosła w wodzie pogrążone, i w sztywne palce włożył z trudem krzyż. Potem watą lekko w oliwie umaczaną dotykał piersi, czoła, ust, dłoni i stóp zmarłego. Wodą na koniec skropił łoże, ściany pokoju i nas — żywych, szepnął nam wszystkim dobre słowo i cicho wyszedł.
Z kolan wstały ciotki.
— Zamknąć mu oczy — szepczą — podwiązać brodę. Dajcie chustkę...
I oto leży dziadek w babę wbrew swojej woli przemieniony: fularem czarnym owinięty, czarną kokardę ma na czole, na którym krople potu schną. Wtedy mnie pusty porwał śmiech.
Z pokoju precz mnie wyrzucono. Zdarto ubranie, ułożono w łóżku za siatką, jakby zwierzę. Zaraz zasnąłem. Długo spałem bez żadnych planów i bez marzeń.

Pogrzeby obu dziadków odbyły się dzień po dniu. Tą samą ich wieziono drogą, choć w przeciwnych kierunkach. Jednego w stronę dworca, popod kolejowy most, bo w tamtej stronie był miejski cmentarz, gdzie czekał otwarty grób rodzinny — kamienny dom wkopany w ziemię z figurą Panny ponad płytą.
Drugiego mieli wieźć nazajutrz z dworca ku miastu, w górę, w rynek, a z rynku jeszcze dalej w górę, na zamek.
Tak się minęli dwaj dziadkowie, jak się mijają chmury dwie, przeciwnym prowadzone wiatrem.