Strona:Alfons Daudet-Safo.djvu/240

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Jednakże trzeba było zerwać — i to prędko. Wbrew postanowieniu, Jan był dwa czy trzy razy na placu Vendôme, coraz bardziej rozkochany: nic jeszcze tam nie powiedział, ale serdeczne przyjęcie starego Bouchereau i — pomimo taktu Ireny, jakaś tkliwość z jej strony, pobłażliwość, jakby tęskne wyczekiwanie oświadczyn, ostrzegały go, żeby nie odwlekał ich dłużej. Prócz tego, katuszą dlań było kłamać przed Fanny, silić się na proteksty i poświęceniem — wprost z pocałunków Safony, chodzić tam, w te konkury nieśmiałe, lękliwe...