Strona:Alfons Daudet-Safo.djvu/237

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ulżyć bratu, obarczonemu liczną rodziną i żeby zastąpiła swą siostrę, którą wydał przed dwoma laty za naczelnego lekarza w klinice. Ale jej się niezbyt podobają lekarze... Jak mię też ubawiła głupota tego młodego uczonego, który przedewszystkiem wymagał od narzeczonej, formalnego i uroczystego zobowiązania, że przekażą swe ciała Towarzystwu antropologicznemu!... Ona jest ptakiem wędrownym, lubi okręt, morze; widok rozpostartych żagli porywa ją za serce... Mówiła mi to wszystko swobodnie, po koleżeńsku, jako prawdziwa „miss“, pomimo wdzięku paryzkiego; a ja słuchałem, zachwycony jej głosem, śmiechem, wspólnością upodobań naszych, głębokiem przekonaniem, że szczęście życia całego mam pod ręką, że mi tylko należy sięgnąć po nie, porwać ją daleko, bardzo daleko, gdzie mię zagna karyera awanturnicza...“
— Chodźże się położyć, mój miły...
Drgnął, położył pióro i instynktownie schował list pisany. „Zaraz... śpij, śpij...“
Przemówił do niej gniewnie, poczem z natężeniem wsłuchiwał się w jej oddech, miarkując, że znowa usypia, gdyż bardzo blizko byli siebie, chociaż tak daleko! „...Cokolwiekbądź nastąpi,