Strona:Alfons Daudet-Safo.djvu/144

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

w tym pokoju! Ale cóż miał robić, żeby ich uniknąć?
„Nasz chłopiec się zmienił — mówiła smutno pani Gaussin — Co jemu jest?“ — Obie zagłębiały się w myślach; Diwonna wysilała swój zdrowy rozsądek, pragnęła wybadać Jana, ale widocznie uciekał od niej teraz, niechcąc pozostać sam na sam.
Pewnego razu, wyśledziwszy wchodzącego do wnętrza skały, weszła tam, właśnie, kiedy opanowany był gorączką listów i widziadeł drażniących. Już się miał podnieść, z pochmurnem okiem, ale powstrzymawszy go, usiadła na gorącym kamieniu. „Czy mię już nie kochasz?... czy przestałam być tą Diwonną, przed którą dawniej zwierzałeś się ze wszystkich strapień?...
— Ale owszem, owszem... — bełkotał zmieszany jej słodkiem obejściem i odwracając oczy, aby w nich nie odnalazła tego, co wyczytał w liście: przywoływań miłosnych, rozpaczliwych okrzyków, namiętnej pieszczoty. „Co ci jest? czegoś smutny?“ szeptała Diwonna, pieszcząc go głosem i ręką, jakby dziecko. Potrosze widziała w nim nawet jeszcze owego chłopaczka,