Strona:Alfons Daudet-Safo.djvu/108

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

Łazarza, w którym jej miało być tak ładnie, gdy wobec całego sądu przesyłała pożegnalnego całusa swemu fałszerzowi: „Nie smuć się, mój miły; piękne czasy wrócą...“
Wspomnienie to sprawiło mu taką przykrość, że skoro tylko położyła się Fanny, zgasił prędko świecę, żeby jej nie widzieć.
Nazajutrz, z samego rana przyszedł stryj, z miną zawadyacką, z laską w górę podniesioną, wołając: „hola, dzieci!“ tonem lekkim i protekcyjnym, jakim się też odzywał niegdyś Courbebaisse, przychodząc go wyrwać z objęć panny Pellicule. Zdawał się jeszcze bardziej podniecony, niż w wilię i pewnie przyczynił się do tego hotel Cujas a więcej jeszcze owe ośm tysięcy franków, leżących w pugilaresie. Wprawdzie przeznaczył te pieniądze na kupno Piboulette, ale przecież miał prawo odłożyć kilka ludwików i wyprawić za miastem śniadanie swojej synowicy!...
— A Bouchereau? — odezwał się Jan, który nie mógłby się nie stawić dwa dni z rzędu w ministeryum. — Ułożyli się jednak, że zjedzą śniadanie w Champs-Elysées, poczem obaj panowie udadzą się na konsultacyę.