Strona:Alfons Daudet-Safo.djvu/032

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

Spojrzawszy na prowensalczyka, którego wysypująca się bródka i kędziory włosów miały barwę soternu w kieliszkach, rzekł na wpół do siebie:
— Jakaż to piękna rzecz, młodość... Ten, nie zostanie opuszczonym... I co najlepsze, to że się skarbu swego udziela... Ona się wydaje tak młoda jak i on.
— Gbur! — zawołała ze śmiechem, a w śmiechu tym dźwięczał wyraźnie powab niezależny od wieku, młodość kobiety kochającej i chcącej być kochaną.
— Zdumiewająca... zdumiewająca — szeptał Caoudal, który jej się przyglądał jedząc, z wyrazem smutku i zazdrości, drgającym w kącikach ust. „Słuchaj, Fanny, czy przypominasz sobie jedno śniadanie tutaj... Dawne to już czasy! Byli z nami Ezano, Dejoie, cała gromada... Tyś wpadła do stawu... ubrano cię potem po męzku, w kurtkę rybacką... ślicznie ci w niej było...
— Nic nie pamiętam — odrzekła zimno i bez kłamstwa; bo te istoty zmienne i liche, zawsze zajęte są tylko obecną chwilą swej miłości. Nie wspominają one tego co było, ani je przestrasza to, co nastąpić może.