Strona:Aleksander Szczęsny - Spadkobierca skarbów ojcowskich.djvu/18

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Ale spójrz Stasiu, podczas gdy my tu rozmawiamy, Filuś zabrał się do łowienia myszy potnych, a owce mogą wejść w szkodę. Pospiesz spędzić je na właściwe miejsce — dodawał ojciec.
I gdy Staś biegł szybko pod górę za psem, Henryk myślał, że ten żywy chłopiec będzie zmuszony tak jak on stracić swoje siły na spokojnem paszeniu owiec. O, gdyby mógł mieć mój chłopiec lepszą przyszłość, a ja — spokojniejsze serce — myślał Henryk.
A Elżbieta? Czyż nie myślał ostatni z panów Góry o swojej wiernej żonie? Czyż nie widział on jej też, gdy zamyślony dawał jej zdawkowe odpowiedzi? Czasem burzyła się w Henryku krew i wtedy czuł się jak ptak w klatce, który może wolność znaleźć tylko w szerokim świecie.




III.

Znów przeszło parę dobrych lat. Na świecie wszędzie był spokój i tak samo spokojnie było w małym domku pasterskim. Pola przynosiły dobry urodzaj i dużo chleba zostawało się na zimę. Wszyscy byli zdrowi i każdy dziękował Bogu za to co miał codzień. Lecz cisza, jaka panowała w domku pasterskim, była tylko chwilową. Cisza w naturze, spokój, wróżyły tam jakąś burzę, która była jeszcze bardzo daleko.