Strona:Aleksander Dumas-Trzej muszkieterowie-tom 1.djvu/249

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Planchecie, — rzekł doń d‘Artagnan — wychodzę na cały dzień prawdopodobnie, jesteś więc do siódmej wieczorem wolny; lecz o tej godzinie bądź w pogotowiu i miej dwa konie.
— Masz tobie! znowu nam mają podziurawić skórę!
— Zabierzesz z sobą muszkiet i pistolety.
— A co? nie mówiłem? — wykrzyknął Planchet. — Byłem tego pewny! przeklęty list!
— Nie bój się, głupcze, idzie tu po prostu o przejażdżkę dla przyjemności.
— Zapewne! tak, jak tamta, gdzie kule gradem padały, a pułapki wyrastały z pod ziemi!...
— Zresztą, jeżeli tchórzysz, panie Planchecie — przerwał mu d‘Artagnan — obejdę się bez ciebie; wolę podróżować sam, aniżeli mieć towarzysza, który trzęsie się ze strachu.
— Pan mi ubliża — rzekł Planchet — a o ile mi się zdaje, widział mnie pan w gorących wypadkach.
— Widziałem, lecz sądziłem, iż za jednym razem wyszafowałeś całą swoją odwagę.
— Zobaczy pan, że znajdzie się ona jescze w potrzebie; ale proszę pana, nie trwoń jej zbytecznie, jeżeli pan chce, aby wystarczyła na dłużej.
— A jak myślisz, czy masz jej jakikolwiek zapasik na dzisiejszy wieczór?
— Spodziewam się.
— A zatem liczę na ciebie.
— Będę gotów o oznaczonej godzinie, lecz ja myślałem, że pan jednego miał tylko konia w stajni gwardyjskiej.
— Być może, iż w tej chwili jeden jest tylko, lecz wieczorem będzie ich cztery — rzekł d‘Artagnan i, skinąwszy Planchetowi głową, wyszedł.
Pan Bonacieux stał w drzwiach swego mieszkania. D‘Artagnan chciał go ominąć, nie mówiąc nic do niego, lecz małżonek Konstancji tak mu się słodko i dobrodusznie ukłonił, że w ten sposób zniewolił swego lokatora nietylko do odwzajemnienia się, lecz i do zawiązania rozmowy.
Jakże tu wreszcie nie mieć choć odrobiny pobłażania dla męża, którego żona wyznaczyła schadzkę.