Strona:Adam Mickiewicz - Dziady część I, II i IV.djvu/116

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


KSIĄDZ.

W przyjaciela domu.

PUSTELNIK (przytomniej).

Pewnie cię nastraszyłem o niezwykłej porze,
Do nieznanego miejsca, w dziwacznym ubiorze?
Musiałem wiele gadać? Ach, nie mów nikomu!
Jestem biedny podróżny, z dalekich stron jadę.

(ogląda się i przytomniej)

W młodości jeszcze, na środku gościńca,
Napadł, odarł mię całkiem (z uśmiechem) skrzydlaty złoczyńca.
Nie mam sukień: co znajdę, to na siebie kładę.

(obrywa liście i szaty poprawia; z żalem)

Ach, odarł mię, odebrał wszystkie skarby świata.
Została jedna przy mnie niewinności szata!

KSIĄDZ (który ciągle patrzał na świecę, do Pustelnika).

Uspokój się, dla Boga!

(do dzieci).

Kto to zgasił świécę?

PUSTELNIK.

Każdy cud chcesz tłumaczyć; biegaj do rozumu...
Lecz natura, jak człowiek, ma swe tajemnice,
Które nie tylko chowa przed oczyma tłumu,

(z zapałem)

Ale żadnemu księdzu i mędrcom nie wyzna!

KSIĄDZ (bierze za rękę).

Synu mój!

PUSTELNIK (poruszony i zdziwiony).

Synu!... Głos ten, jakby blaskiem gromu,
Rozum mój z mroczącego wydobywa cienia!

(wpatrując się)