Strona:A. Lange - W czwartym wymiarze.djvu/67

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Nie przyjmę tych pieniędzy — rzekłem do listonosza. — Pieniądze we śnie oznaczają goliznę na jawie. (Jak widzicie, miałem we śnie szczególne skojarzenia świadomości). Wyjdź pan.
— Nie wyjdę. Muszę panu ten list oddać.
— Nie przyjmę, rozumiesz pan, Inocenty Ósmy! (tak go nazwałem, sam nie wiem, dla czego).
— Musisz przyjąć ten list, psia duszo!
— Cóż to za sposób mówienia? Ręce i nogi ci połamię.
— No, no, spróbuj tylko — rzekł listonosz i wyjął długi nóż, z rodzaju tych, jakich używają Apasze, ale ja porwałem go za kołnierz i strąciłem ze schodów; sam zaś wyskoczyłem przez okno — i zacząłem pędzić bez celu — wprost przed siebie.
Byłem na placu San Marco w Wenecji. Dzwony biły w kościołach Santa Maria del Salute, San Giovanni e Paolo, San Giorgio Maggiore, a ja myślałem sobie:
— Ucieknę na Campanillę.
Jakoż szybkim krokiem pobiegłem ku dzwonnicy, a potym po schodach śpieszyłem coraz wyżej a wyżej na górę. Czułem jednak za sobą pogoń: ścigał mię listonosz, a wraz z nim dwaj żołnierze, ci sami (poznałem ich odrazu), którzy mnie w przeszłym roku prowadzili na Pawiak.
— Ach, ty sukin syn — wołali — prymiesz al nie prymiesz bumagu?
— Nie — nie!
I uchodziłem coraz wyżej, a gdyśmy już byli na szczycie, śród dźwięku dzwonów, żołnierze pry-