Strona:A. Lange - W czwartym wymiarze.djvu/49

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Nie mogę tu oczywiście wykładać historji powszechnej wstecz. Przypominam sobie jednak wielki ruch 1905-go roku i dzień 30-ty października, w którym ogłoszono konstytucję.
Tymczasem już nazajutrz, chwała Bogu, konstytucji nie było i żyliśmy w ancien régime, kiedy to spokojnie chodziło się do Filharmonji i grywało się w winta, a intendentura robiła świetne interesa.
Pewnego dnia roznosiciele gazet wołali na ulicach: Cuszima! Innego zaś dnia: Bitwa pod Jalu! i t. d.
W tym właśnie czasie ze mną zaszły fakty następujące: żony swojej Marji zupełnie nie znałem, a posada, którą miałem w zarządzie kopalni węgla — była niemoja. Stary Breyer żył i siedział przy moim biurku, a ja z ostatnią trzyrublówką w kieszeni błądziłem po Warszawie, rozmyślając nad swoim zerwaniem z Jadzią. Pewnego dnia byłem w parku, gdzie pod starym klonem zakopałem w ziemi małą skrzyneczkę z medaljonem (dar Jadwigi!), dłutkiem wyryłem datę: dnia 15-go maja 1900-go roku, nadto porobiłem na skrzynce, sam nie wiem dla czego, pewne znaki magiczne, aby skrzynki tej ani czas, ani przestrzeń nie pochłonęły. Naraz ukazała się Jadzia, czyniąc mi srogie zarzuty o jakąś Emilkę i płacząc gorzko, zerwała ze mną na amen. Ale nazajutrz znów się z nią widziałem, byliśmy jak najlepiej: sielanka cała rozwinęła się prześlicznie, aż pewnego razu Jadzia zniknęła i nawet o niej nie wiedziałem.
Tu zaznaczę, że w poprzednim czasie, jeszcze