Strona:A. Lange - W czwartym wymiarze.djvu/177

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


tworny, żelazną sztachetą oddzielony, grobowiec rodziny N. Była tu mała kaplica, na której fasadzie — pod szczytem — ujrzał Konrad — świeżo zapewne pomieszczony, szkłem osłonięty barwny obraz.
Była to Madonna Lorenza Veneziana.
Obok kaplicy groby z marmurów kieleckich albo z granitów fińskich — postacie aniołów, z bronzu kute lub wyciosane z kamienia.
Natarczywie ten grobowiec przyglądał się Konradowi, który mimowoli powiedział sobie:
— Tu będzie moja ostatnia siedziba...
Po chwili zaś dodał:
— A może i nie!
I w tejsamej chwili przecząco zakołysały się gałęzie sosen nad grobowcem, jakby mówiły również: A może i nie!
W oczach Konrada zamigotały dalekie a nieznane krajobrazy Mandżurji, które wyobrażał sobie podług opisów i opowiadań... W każdym razie miał wrażenie, jakby udawał się w próżnię...
Tak, może nie będzie spoczywał w jednym grobie z Lenorą.
Wkrótce potym szeroką aleją wjechał na dziedziniec dworski i stanął pod gankiem.
Lenora czekała na niego — milcząca i smutna. Co można powiedzieć człowiekowi, jadącemu na taką obojętną wojnę? Lenora milczała: ona już tyle dni i nocy przepłakała i przemarzyła boleśnie nad tym wyjazdem Konrada, że tylko milcząc rzuciła mu się w ramiona i całowała go, jak sierota, która utraciła rodziców.