Strona:A. Lange - W czwartym wymiarze.djvu/167

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Od dwuch dni Konrad stale powracał do Akademji Sztuk Pięknych w Wenecji — i ciągle się zatrzymywał czas dłuższy przed jednym i tymsamym obrazem. Płótno czarowało go w sposób magnetyczny — i chociaż go nęciły dzieła innych mistrzów, może nawet większych, niż autor obrazu, co go przykuwał, to jednak Konrad powracał wciąż do swego Lorenza Veneziana; malarza z XIV w. prymitywa bardzo naiwnego, który jednakże zapanował nad duszą czymś... czymś tajemniczym, czego nie mógł sobie Konrad wytłumaczyć... Na widok tego obrazu kołysało go jakieś wzruszenie, rozkoszne i rzewne, bardzo blizkie i bardzo własne...
Dotychczas jednak nie rozwiązał zagadki: dla czego na widok tego obrazu roją mu się zaraz w duszy jakieś sny z dziecinnych lat, dla czego mu się ukazuje zaraz jakaś twarz niewyraźna ale nie obca, woniejąca kwiatem świętości, dla czego serce mu bije tak mocno, jakby wobec jakiejś rzeczy przeczuwanej a niespodziewanej?...
Płótno — właściwie tryptyk — wyobrażał z prawej i lewej strony kilku świętych, jak św. Jana Chrzciciela, św. Mikołaja i i.
Konrada jednak interesowała przedewszystkim część środkowa tryptyku, w której promieniała Madonna. Ależ niejedna Madonna była w tej sali: więk-